Spojrzenie neurodydaktyka dr Marka Kaczmarzyka na współczesną edukację

Dzisiaj kolejna rozmowa, tym razem ściśle związana z edukacją. Mam wielką przyjemność gościć na blogu doktora neurodydaktyki Marka Kaczmarzyka. Wykładowcy, którego wykłady nieodmiennie mnie zachwycają i rozweselają. Pytania nie dotyczą w zasadzie neurodydaktyki, a edukacji, ale przecież to bardzo bliska droga, a spojrzenie dr Marka Kaczmarzyka na sprawy edukacji jest bezcenne i niezwykle inspirujące.

Jak według Pana powinny być nauczane przedmioty, żeby uczniowie dostrzegali i rozumieli zależności między nimi?

Marzeniem dydaktyków jest budowanie kompetencji z przedmiotów pokrewnych w taki sposób, by te zdobyte na jednym z nich w naturalny sposób przenosiły się na pozostałe, a w konsekwencji przekładały się na rozumienie zależności pomiędzy nimi. Jednakże mózg ludzki funkcjonuje w taki sposób, ze informacje nieużyteczne są eliminowane. Problem w tym, że zarówno informacje jak i kompetencje mogą mieć różną wartość w różnych środowiskach. Jest tak także w szkole, kiedy uczeń funkcjonuje na różnych przedmiotach a każdy z nich ma swoją specyfikę, język, zbiór podstawowych pojęć i oczywiście nauczyciela. Jeśli więc informacje, jakie poznajemy nie tworzą czytelnych ciągów przyczynowo-skutkowych, nasz umysł je po prostu zignoruje. Jest to poważny problem, ponieważ w nauczaniu zrezygnowaliśmy z myśli syntetycznej i podkreślania tego, że nauka, a więc i przedmioty, służą do wyjaśniania tego jak funkcjonuje świat. Powinniśmy, więc wrócić do nauczania syntetycznego pozwalającego na poznanie i zrozumienie zachodzących w świecie procesów jako takich, bez ich sztucznego podziału na dziedziny poszczególnych nauk, a wtedy siłą rzeczy uczeń te zależności dostrzeże. Dotyczy to szczególnie wczesnych etapów kształcenia.

Jakiś czas temu była burzliwa dyskusja, na temat wieku, w którym dzieci powinny iść do szkoły, jak pan mógłby się do tego tematu ustosunkować?

To jest właściwie tylko część pytania.  Powinno ono brzmieć, które konkretnie dziecko i do jakiej  szkoły? To rodzic wie o dziecku najwięcej i to on powinien zdecydować (jeśli to konieczne przy wsparciu specjalistów) czy jest, czy też nie jest gotowe do pójścia do szkoły, a gotowe jest, gdy jest gotowe, a nie, gdy ma 5, 6, czy 7 lat. Rodzic powinien też mieć możliwość wyboru rodzaju szkoły. Jednorodny system, proponujący wszystkim identyczne warunki nie jest tym czego potrzebuje populacja dzieci rozwijających się zasadniczo w własny, indywidualny i niepowtarzalny sposób.

Jak pan myśli, co się dzieje z niezwykłym zapałem dzieci do poznawania „nowego” w starszym wieku i czy przyczynia się do tego szkoła?

Umysł ludzki kocha nowe bodźce, dlatego gdy dziecko idzie do szkoły to na początku wszystko jest dla niego nowe i ciekawe, a więc pobudza do aktywności poznawczej. W późniejszym wieku szkoła przestaje być czymś nowym, przestaje, zatem być również sama w sobie bodźcem takiej aktywności, zwłaszcza, gdy nie pojawiają się w niej nowe obszary do odkrywania i poznawania. Nie sądzę żeby szkoła zabijała ciekawość, po prostu, z powodu tego, że działa w sposób powtarzalny i przewidywalny, przestaje być ciekawa.

Dodatkowo, uczniowie mają różne preferencje i kompetencje, natomiast szkoła nie jest nastawiona na ich odkrywanie. Szkoła nastawiona jest na nauczanie przedmiotów, z których na koniec uczeń zostanie rozliczony.

Czy ocenianie jest bodźcem rozwijającym zdobywania wiedzy? W Szwecji zrezygnowano z ocen na wczesnym etapie nauczania, ale nauczyciele szwedzcy twierdzą, że motywacja uczniów spadła.

Niestety mamy skłonność do mieszania oceny z ocenianiem. Sama ocena nie jest informacją, czy uczeń się rozwija tylko czy jest lepszy lub gorszy od innego ucznia. Służy porównywaniu, a nie dawaniu odpowiedzi czy uczeń sobie radzi, czy nie. Nie jest komunikatem – tak robisz postępy, musisz popracować w tym obszarze, aby rozwijać się dalej.

Przy ocenach, które obecnie istnieją rodzi się raczej współzawodnictwo, a nie odpowiedź na pytanie o rzeczywisty stan wiedzy. Nie mamy odpowiedzi, dlaczego i po co wymagamy. A wymagamy od młodzieży coraz więcej i więcej, bo i wiedza jest coraz bardziej obszerna. Powoduje to silny stres i prowadzi do braku wiary w siebie i załamania u młodych ludzi. Nie wiem, czy pani wie, że w 2017 roku był najwyższy od 25 lat procent samobójstw u młodzieży, w większości spowodowany prawdopodobnie zbyt wysokimi wymaganiami wobec nich.

Z pewnością przyszedł moment na refleksję, co dziecko może nam dać i co chce nam dać.

Co pan myśli o decyzji Singapuru o zaniechaniu robienia egzaminów w szkole (tymczasowo utrzymane zostały egzaminy 12-latków i to ze względu na obawy rodziców)?

W zupełności popieram tę decyzję. Można powiedzieć, że egzaminy w tej formie, do jakiej przywykliśmy, nie mierzą kompetencji i wiedzy dzieci, a tylko kompetencję radzenia sobie ze stresem. Proszę sobie wyobrazić, ze młody człowiek zaczyna pewien etap nauczania i wie, że za 3-4 lata przyjdzie taki dzień, że o przyjmijmy godzinie 9.00 stanie do testu, który pokaże, co ono wie, czego się nauczyło, jakie zadania potrafi rozwiązać. To jest bardzo silny stres, a w takich warunkach nasz umysł pracuje mniej wydajnie niż zwykle – u jednych lepiej, u innych gorzej, co ma niebagatelny wpływ na wyniki egzaminu.

A czy w takim razie nie lepsze by były egzaminy wstępne na uczelnie, tak jak było kiedyś?

Jestem zdania, że w ogóle powinniśmy zrezygnować z egzaminów. Dlaczego nie mielibyśmy zaproponować uczniom na uczelniach czegoś w rodzaju roku zerowego, w czasie, którego mogliby zdecydować, czy to jest właśnie to, czego chcą się uczyć, czy może powinni zmienić uczelnię.

Brzmi to wspaniale i aż żałuję, że nie miałam takiej możliwości w swoim życiu. Jeszcze ostatnie pytanie, czy miałby Pan jakąś radę na polepszenie sposobu kształcenia w obliczu zmian wynikających z postępującej rewolucji technologicznej?

Abstrahując od systemu szkolnictwa, bo to zbyt obszerny temat, poprawę edukacji, jako takiej widziałbym w doskonaleniu relacji. Nauczanie budowania relacji i umiejętności nawiązywania ich również przez samych nauczycieli, jest w pewnym sensie kluczowe. Jeżeli brak jest takiej umiejętności to proces edukacji szwankuje. Co więcej najbardziej wykształcony człowiek, który ma problemy z relacjami, będzie miał trudność w wykorzystaniu swojej wiedzy w przyszłości i przekazania jej innym.

Czy chciałby Pan dodać od siebie?

Rozmawialiśmy o bardzo wielu sprawach. Edukacja to bardzo rozległy temat. Moje pomysły dotyczą zasadniczo spojrzenia na ten proces z perspektywy naszych biologicznych, ewolucyjnych korzeni. To specyficzny punkt widzenia, który może być, według mnie, źródłem inspiracji i interpretacji zjawisk z jakimi zderzamy się w dzisiejszej szkole. Nie uważam jednak tego punktu widzenia za lepszy czy gorszy od innych. Daleki jestem od pouczania kogokolwiek. Zmiana punktu widzenia nie zmienia rzeczywistości, może jednak czasem pozwolić zobaczyć nieco więcej.

Dziękuję serdecznie za bardzo ciekawą rozmowę.

You Tube Nauczyciel przyjazny mózgowi
zdjęcie z: Youtube „Nauczyciel przyjazny mózgowi”

 

Marek Kaczmarzyk – biolog, neurodydaktyk i memetyk. Autor podręczników i programów szkolnych. Doktorat z zakresu chronobiologii obronił w 1998 na Uniwersytecie Śląskim. Od roku 2000 kierownik Pracowni Dydaktyki Biologii (Wydział Biologii i Ochrony Środowiska, Uniwersytet Śląski). Od 2012 prowadzi Uniwersyteckie Towarzystwo Naukowe – Wszechnica Śląska, działające w ramach Centrum Kształcenia Ustawicznego UŚ. Propagator dydaktyki ewolucyjnej, dziedziny zajmującej się wyodrębnieniem, rozpoznaniem i praktycznym wykorzystaniem wpływu mechanizmów ewolucyjnych (zarówno ewolucji biologicznej, jak i kulturowej) na procesy uczenia się i nauczania.

Inicjator i główny organizator (obok Janiny Sabat i Krzysztofa Chyżaka) Międzynarodowego Sympozjum Naukowego Neurodydaktyki odbywającego się od 2015 roku rokrocznie na Wydziale Biologii i Ochrony Środowiska Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach.

Właściciel firmy szkoleniowej „Neurodydaktyka doktora Kaczmarzyka”

W wolnych chwilach autor powieści z gatunku fantastyki.

 

 

 

Uważasz, że to ważny wpis – podziel się nim.

Polub moją stronę na FB

 

 

Co z tymi egzaminami

Właśnie trwają w naszej szkole ostatnie próbne egzaminy gimnazjalne. Za każdym razem, gdy myślę o egzaminach gimnazjalnych, a niebawem o egzaminach ósmoklasistów zastanawiam się, jaki cel ma sprawdzanie wiedzy piętnastoletnich dzieciaków nieomalże ze wszystkich przedmiotów?

Czasami mam wrażenie, że ten egzamin jest trudniejszy od matury – w sensie takim mianowicie, że uczeń ma narzucone wszystkie przedmioty z góry, czy go interesują, czy nie – musi zdawać wszystkie – powstaje pytanie – dlaczego?

Nie uwierzę w powtarzaną jak mantrę odpowiedź, że człowiek w tym wieku, nie potrafi wybrać przedmiotów, które go interesują i które chciałby pogłębiać i że ograniczenie chociażby egzaminów do tych przedmiotów mogłoby w jakiś enigmatyczny sposób spowodować załamanie się edukacji w Polsce lub na świecie.

Podobno czasy Leonarda da Vinci dawno się skończyły – być może, ale nie w szkołach. W szkołach nauczanie ma nadal charakter encyklopedyczny, a oceny klasyfikują uczniów na zdolnych, niezdolnych, pracowitych, leniwych, tych cenionych i tych, „z których chyba nic nie będzie” doprowadzając ich samych i ich zadowolonych lub niezadowolonych rodziców do dumy lub rozpaczy i pogoni za coraz to nowymi lekcjami dodatkowymi, wśród których uczeń gubi swoje pasje i indywidualizm.

„Nie ma potrzeby wymagać od dzieci dobrych ocen ze wszystkich przedmiotów! W dorosłym życiu nie ma ludzi, którzy są dobrzy ze wszystkiego” — mówi Angelika Talaga, edukatorka i neuropedagog. I każdy się z tym z pewnością zgodzi.

Nie od dzisiaj wiadomo, że to nie uczniowie „celujący” odnajdują się w zawodach wymagających kreatywności i elastyczności, a tych jest coraz więcej, trafiają tam raczej „średniacy” z pasją, którzy często z ulgą opuścili skostniałe mury szkolne.

Powstaje jeszcze jedno pytanie, w jakim celu ciągle wymagamy od uczniów wiedzy encyklopedycznej, z zakresu wszystkich przedmiotów w czasach, gdy w przeciągu kilku chwil można sprawdzić, a nawet zobaczyć nieomal wszystko. Obecnie ważniejsze jest wiązanie faktów, wyciąganie wniosków i poszukiwanie powiązań i konstruktywnych rozwiązań. Wiedza uczniów natomiast jest przeładowana poszatkowanymi informacjami z przedmiotów, które w ich głowie w zasadzie nijak się nie łączą.

Spytałam kiedyś doktora Marka Kaczmarzyka, czy jest jakiś sposób, żeby uczeń w wieku lat 13/15 potrafił połączyć informacje z kilku przedmiotów – odpowiedź brzmi nie, dopóki te wszystkie przedmioty nie będą nauczane blokowo. Może, więc należałoby wprowadzić nauczanie blokowe, pokazujące zależności, jakie występują w rzeczywistym świecie, co z pewnością również przyczyniłoby się do wzrostu zainteresowania uczniów. Czy nie dałoby to większych efektów niż egzaminy?

Singapur, potęga edukacyjna i gospodarcza postanowił w ogóle zrezygnować z egzaminów uznając je za bezużyteczne w kontekście nadchodzących czasów. Energię postanowiono przesunąć ze stresu i zakuwania na myślenie krytyczne, koncepcyjne, analizę złożonych problemów, współpracę i rozwój osobisty. W trosce o stres dorosłych, nierozumiejących tej zmiany pozostawiono na razie egzaminy 12-latków.

Może, więc pora również i u nas coś zmienić, choć odrobinę i pozwolić choćby na wybór przedmiotów egzaminacyjnych przez ósmoklasistów, bo gimnazjaliści już nie mają na to szans.

A może te rozważania dotyczą również matury? Może strach przed brakiem egzaminów końcowych jest strachem w naszej głowie? Może jednak to egzaminy wstępne na uczelnie miały więcej sensu niż egzaminy końcowe w takiej formie jak obecnie…

diagram z: www.abc.net.au

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑